Witam was wszystkich - jest poniedziałek. I wcale nie minęło kilka
dni od ostatniego posta, ale co tu kryć - kilka tygodni. Mimo to nie
zajmujmy się pustymi słowami, jak to mi przykro (bo nie koniecznie jest,
i nie zrozumcie mnie źle) i zabierzmy się za coś całkiem innego.
Przygotowałam na ten dzień coś wyjątkowego - coś wyjątkowego szczególnie
dla mnie - oraz dla wszystkich eszelonów, chodź zdania jestem że każdy
kto należy do jakiegoś fandomu zrozumie, o co mi właściwie chodzi. Otóż
mam zamiar opisać tu moją wielką miłość do niejakiego zespołu którym
jest 30 second to mars. I wiem co pewnie teraz niektórzy z was sobie
pomyślą "oo, Rity upadła na głowę - znowu", albo coś bardziej ogólnego,
typu "to tylko muzyka, nie może wpływać ona na nasze życie, co jedynie
umilić nam niektóre chwile.. ale to nic nie znaczy.". A jednak.
Jak już wspomniałam wcześniej, w zespole zakochałam się w pierwszych 30 sekundach "the kill" i wręcz odleciałam na masa.
.
Od tamtej pory ich piosenki, teledyski, koncerty-wszystko co robią jest
częścią mojego życia! I teraz możecie mi mówić, że to nic niezwykłego,
zespół jak zespół. Ale kto normalny wysyła swój singiel w kosmos? Za to
ich kocham. Za to podejście do życia, styl bycia.. za to jacy są, i jaką
mnie tworzą. “Wspaniałe w 30 Seconds to Mars jest to, że ten zespół jest podróżą".
Nie mam zamiaru przekonywać was, że też powinniście ich polubić,"bo są
fajni". Bo moją zryte banie, i każdy powinien ich kochać. Nie, nie o to w
tym chodzi. Chodzi mi o to, że warto odnaleźć w sobie to muzyczne
powołanie, mimo wszytko.
A tak serio, to nie ma znaczenia czy jesteś papieżem, czy Barackiem
Obamą, czy też Bono albo Björk – niektórzy ludzie będą cię uwielbiać, a
niektórzy nienawidzić. Możesz być kolesiem wałęsającym się po ulicach
albo najsławniejszą osobą na świecie, to bez znaczenia. Niezgoda i
opozycja są, niestety, częścią człowieczeństwa. Nie znam jeszcze
artysty, który by nie zaznał jakiejś formy krytyki. - Jak to J. Leto powiedział.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz